środa, 19 stycznia 2011

Dziadek z tatarem w dłoni - cz.6 - Koniak, pokój ciszy, wypadek.


– Co my wczoraj paliliśmy, dynamit? Plakat do mnie mówił. Co to było do cholery?
– No, trzeba przyznać, że kolega Max przywiózł zieleninkę, po której skok z tego okna – wskazał palcem długowłosy obracając się – byłby miły i przyjemny, przynajmniej przez chwilę – dodał zasmucony.

– Idźcie sami – powiedział Robert.

– Jak to? Jacques spojrzał na niego z rozmytą miną.

– Idźcie sami, mówię niewyraźnie?

– Mówisz wyraźnie, ale niezrozumiale – powiedziała powoli i wyraźnie Edith, żona Roberta, błękit jej sukienki zaczął do niego docierać jak odległe wspomnienie, przypominając mu o wspólnym wyjściu – nie pamiętał gdzie.

– Dlaczego siedzisz na schodach – spytała.

Patrzyła na niego jak na rozdeptanego kotleta, którego na powrót kelner umieszcza na talerzu, odkleiwszy go od wypolerowanego buta. Tak między nami, tylko tak mu się wydawało.

– Edith – powiedział przeciągle i chciał dodać coś na temat planu zajęć w szkole. Dziś – rozglądnął się dookoła, rozpoznając swój dom – dziś jest ten wspaniały dzień, tak, wspaniały dzień. Wciągnął głęboko powietrze, dając sobie czas na rozpoznanie otoczenia – poczuł zapach własnego domu.
Domyślamy się, że był u siebie w domu, wychodził z żoną na premierę filmu i był trzeźwy, od kilku godzin co najmniej.
Słyszał, że można śnić na jawie, ale do tamtego momentu myślał, że to zwykłe książkowe farmazony.

– Robert, jesteś pijany. Daj mi kluczyki – głos jej zabrzmiał jak rozkaz detonacji atomowej bomby.

– Nie jestem pijany, są na stoliku. Wybacz, ale muszę opłukać twarz – skierował się pośpiesznie do łazienki.

– Czekam w samochodzie, mój wariacie, pośpiesz się.

Drzwi delikatnie się zamknęły.
Nie cierpiał w domu obcych dźwięków, skrzypień, pisków, szelestów, skrobnięć, chrupnięć, czegokolwiek głośniejszego od tupiącego po ziemi pająka; zamontowany przeze niego specjalny mechanizm czynił je bezszelestnymi.
Obrócił się za Edith, ale zobaczył pusty hol – był ciemny, jak wyssany ze światła, pozbawiony szczegółów.
Odwrócił szybko głowę.
Okrągłe schody z drewnianymi balustradami zaprowadziły go do łazienki na piętro.
Zapalił światło i wzdrygnął się na widok białych oślepiających ścian.
Stał pochylony nad zlewem, płucząc sobie obficie twarz, zimna woda działała orzeźwiająco. Polał wodą otwartą dłoń i dotknął karku, fala zimna przeszła mu po plecach – zadrżał.


Lubił to uczucie. Wyprostował się, spojrzał sobie w oczy w lustrze i przekrzywił, nie wiedzieć dlaczego, głowę w prawo, jego kopia z naprzeciwka skrzywiła głowę w lewo. 


Usłyszał chrupnięcie kości i równoczesne pukanie do drzwi. Wytarł dłonie we włosy, głęboko wciągnął powietrze i chciał coś powiedzieć, kiedy do łazienki wszedł długowłosy.

– Dżizes krajst, tu jesteś – mruknął – schodź na dół, dwa razy nie powtórzę.
Max ma ci coś do powiedzenia i nie pytaj, dlaczego jest wściekły jak ugryziony w jaja byk – obrócił się gwałtownie i trzasnął drzwiami. 


Robert spojrzał na lustro, które zadrżało jakby palec olbrzyma pstryknął w budynek.
Wyobraźnia zaczęła płatać mu figle; nie wiedział czy powodem tego jest wyczerpująca pogoń za sukcesem, czy też sława przygniatająca go swym niewidzialnym blichtrem; coś jednak dawało o sobie znać.
Możemy zaryzykować twierdzenie, że cysterna alkoholu wypita w ostatnim czasie też odgrywała pewną rolę.

Strywializował uczucie tekstem wypowiedzianym w myślach: jestem tylko zmęczony – i zszedł na dół domu, spoglądając po drodze na rozwieszone na ścianach zdjęcia, obrazy i etykiety w ramkach.
Wyłożone specjalnym suknem stopnie schodów nie wydawały żadnego dźwięku.
Lubił ciszę, ten błogi spokój, w który przyoblekał się po przyjściu z gwarnej restauracji, gdzie był szefem, kucharzem i kawalarzem, uśmiechniętym bez względu na okoliczności, zadowolonym, modnym, wykrojonym do granic smaku kulinarnym Casanovą. 


Chował się w swoim specjalnym pokoju, gdzie zatopiwszy się w miękkim fotelu, mógł nalać sobie ulubionego koniaku ze swojej kolekcji, która zajmowała całą ścianę jak kiedyś ściana z nalewkami, jaką miał Dziadek.
Lubił ten moment, kiedy stawał przed rzędami butelek i czytał napisy na etykietach, które brzmiały niczym starożytne zaklęcia.
Nauczył się szybko zapominać, ile kosztowały niektóre zdobycze, więc nie miał skrupułów, aby je otwierać i delektować się smakiem, a nie tylko widokiem jak czyni wielu kolekcjonerów.

Kiedy na kilka lat przed opisywanymi zdarzeniami odwiedził go Benito Nonino, którego dziadek założył jedną z najlepszych destylarni grappy we Włoszech; wspólnie podziwiali niektóre z jego rzadkich okazów koniaku, do momentu, w którym przestali móc cokolwiek podziwiać. Ich żony na szczęście nie podzielały tych fascynacji. 


Na kilku metrach kwadratowych ściany Robert umieścił kilkadziesiąt tysięcy franków zamienionych na butelki z ładnymi nalepkami. 


Razem wypili kilkanaście tysięcy franków. Zbierasz w kilkanaście lat – konsumujesz w kilkanaście minut.
To ci heca – powiedział Benito na kilka minut przed utratą świadomości.

Zanim przyjaciele stracili świadomość, Benito zszedł za Robertem do piwniczki, złapał się za serce jakby dostał ataku, po chwili wykrztusił.

– Jestem w niebie. Dlaczego je zbierasz? – spytał, kiedy odrobinę ochłonął. Lokata kapitału? Hobby?

– Nie zbieram ich – powiedział do zdumionego Benito. Wyciągnął rękę w kierunku pewnej butelki. Twarz Benito zaczęła zamieniać się w okrągłą kulkę wosku z wystającymi czerwonymi ustami.

– Nie – powiedział Benito z długim drżącym „e” na końcu. – Nie, nie zrobisz tego. To przecież Amédée Eduard Dor - Reserve N°2 1889 Excellence – przy tym trzeba się modlić jak przy figurce Najświętszej Panienki, czasami można wziąć to do ręki, oczywiście, ale pod żadnym pozorem nie otwierać, nie będzie na świecie takiej okazji, aby polizać nawet korek.

– Nie będziemy jej otwierać – spojrzał na swojego włoskiego przyjaciela, który z woskowej kulki na powrót zmienił się w krzykliwego sympatycznego Włocha równie kopniętego na punkcie koniaku jak on.
– Już jest otwarta – krzyknął jak dziecko wyskakujące zza rogu, chcące przestraszyć swojego kolegę. Sięgnął po butelkę i krzyknął: – Łap – wykonując przy tym ruch jakby rzucał ją do Benito.

– Tak nie można…

Benito utkwił wzrok w butelce uwięzionej w Roberta dłoni, wpatrywał się jak zahipnotyzowany w kołysający się, płonący ciemnym złotem płyn.
Robert podał mu ją i sięgnął po dwa niewielkie kieliszki w kształcie tulipana.
Benito spoglądał zdziwiony, spodziewając się w dłoniach Roberta kieliszków wielkości akwariów, w opinii fachowców najlepiej do tego się nadających.

– Nie mów nic, powiadam ci mój przyjacielu, taki kieliszek jest lepszy dla takiego trunku, nie przegrzejesz go zbytnio i możesz wepchnąć do niego nos, a nie twarz jak do tych wielkich pucharów ­– o tam – wskazał palcem w kierunku armii kieliszków.

Tak samo jak oazą spokoju, koniakowy pokój był również oazą muzyki. Po włączeniu dziesięciokilowego lampowego wzmacniacza Sansui i adaptera Marantza - na którym z godną mnicha nabożnością kładł każdy czarny krążek - mógł wtedy zamknąć oczy i poczuć obecność muzyków; jakby stali obok wielkich kolumn i przez tę długą chwilę grali tylko dla niego.

Wszędzie, gdzie się nie ruszył, słyszał te, jak się wyrażał: debilo-samplo-boysbandy, wykreowane mega-cyco-gwiazdki znikające po trzech miesiącach gwałcenia pierwszych miejsc list przebojów. Ich miejsce zajmowały ustawione w rzędzie, jak roboty na taśmie, inne dupogłowe, długonogie seksblondynki, które same nie mogą się nadziwić, jak machając wytrenowanym na siłowni tyłkiem, można zarobić miliony, o muzyce mając pojęcie takie, jakie ma dwulatek na temat prostaty i reakcji Maillarda. 


Ten specjalny pokój był ucieczką od wszechobecnego muzycznego bełkotu, który znikał po naciśnięciu przycisku play.
Rzeka głupoty nie przestawała płynąć, jednak nie słyszał już wtedy jej złowieszczego szumu.

Po wyjściu z łazienki Robert zatrzymał się w holu, spojrzał na wielkie lustro i obrócił się by poprawić krawat, kiedy usłyszał dwa stuknięcia do drzwi; chciał coś powiedzieć, ale nacisnął tylko klamkę, bezskutecznie próbując je otworzyć.
Spojrzał w górę i w dół, nacisnął ponownie klamkę, dokładając do tej czynności nieco więcej siły.
Drzwi powoli zaczęły się otwierać, wydając przy tym nieznajomy dźwięk.
Po chwili zobaczył, że odpycha drzwiami koło samochodu.
Stanął zdezorientowany, wpatrując się w jego bieżnik.
Złapał się ręką za głowę i wtedy dotarło do niego, że felga od koła – a była to felga drogiego robionego na zamówienie auta – jest dokładnie taka sama jak w jego własnym samochodzie i wtedy spojrzał przed siebie.

Na wprost niego, ustawione jak świeczka w torcie, stało auto – zupełnie pionowo.
Cofnął się oniemiały.
Nie mógł uwierzyć w widok na podjeździe swojego domu. 


Zaparł się rękoma o framugę drzwi, poczuł na sobie lekki wiatr, który pchał go delikatnie do tyłu. W pewnym momencie zauważył, że kilkaset tysięcy franków mikroskopijnie się przechyla jakby zastanawiając się, na który bok runąć.
Dał szybki krok w przód; czy liczył, że dobiegnie w sekundę do emblematu swojej zamożności i palcem wskazującym zapobiegnie mającej za chwilę nadejść katastrofie?
Tego nie wiemy. 


Auto runęło z impetem na dach, wydmuchując ze swojego wnętrza wszystkie szyby.
Odruchowo uniósł ręce na wysokość twarzy.
Nie usłyszał żadnego dźwięku, odbyło się to jak w idealnej pustce, jak w próżni, która pochłonęła wszystko niczym czarna dziura.
Nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku, jak owinięty szczelnie kokonem dusił się w nim, próbując wydobyć ze swojego gardła cokolwiek, co by przypominało ludzkie odgłosy.
Próbował poruszyć swoje ważące setki kilogramów, jak odlane ze spiżu, nogi. 


Zrobił krok i runął na kolana, czując pod nimi miękkość trawy.
Zobaczył jak z okna samochodu wypadła czyjaś ręka.

Wydał z siebie jakiś skowyt, dźwięk przerażenia, jakiego się nie spodziewał po sobie, w gardle poczuł coś jak ostry piasek – kokon ciszy pękł i rozprysnął się bezszelestnie.
Próbował podnieść się z kolan, ale nie zdołał. 


Jak więzień przykuty łańcuchem do ściany, wił się obezwładniony, sklejony z ziemią.
Poczuł ciepłą strużkę płynącą po czole, przetarł je próbując zetrzeć z niego gęste ciepło. Machnął ręką jakby próbował złapać muchę. Na dłoni była krew, gęsta i ciemna.
Powoli dotknął w to samo miejsce na czole i poczuł wystający z głowy kawałek szkła.
Ręce opadły mu wzdłuż ciała jak puste rękawy koszuli. 


Upadł na ziemię; kilka małych świerszczy wzbiło się wysoko w górę. 


– O tej porze nie ma koników polnych – powiedział do siebie.
Podniósł ciężką głowę, patrząc na niewyraźne kształty wywróconego do góry nogami jak bezbronny żółw auta.
Stróżka krwi wpłynęła mu do kącika ust, popłynęła po brodzie, jej ciepło dotarło do szyi, powoli płynąc po piersi.

– Umieram – wyłkał wewnątrz siebie i poczuł, że się uśmiecha.

– To nie koniec – usłyszał głos.

Podniósł wzrok na niewyraźną postać, która jak jedwab na wietrze kołysała się w zwolnionym tempie. Po chwili obraz rozmył się, zostawiając go nieprzytomnego przed domem.

Czuł spowity mgłą nieświadomości ruch wokół domu, czuł biegających po trawie ludzi, czuł, że umiera. Usłyszał alarmowe syreny, widział jak karetka wjeżdża na podjazd, jakiś motocykl stanął tuż obok niego, wiele głosów mówiło jednocześnie, ktoś ostrożnie przewrócił go na plecy, pochylił się nad nim i wtedy poczuł metaliczne zimno w okolicy serca. Możemy przypuszczać, że to śmierć złapała je swoją lodowatą ostrą dłonią, gdyż jak wiadomo z dobrych źródeł zamiast palców ma brzytwy.

– Nie żyje, zabierzcie go – powiedział kobiecy i zarazem męski głos bez wyrazu.
I wtedy Robert uśmiechnął się do siebie, mając nadzieję, że za chwilę wszystko zgaśnie, schowa się gdzieś głęboko, a on usłyszy trąby anielskie grające na jego powitanie w niebie. Poczuł jednocześnie strach i błogość – metalowe palce śmierci nagle przestały kroić mu serce.

– On się uśmiecha – odezwał się ten sam kobiecy i męski głos bez wyrazu.

– Niemożliwe, sam go badałem.

– No to sam spójrz, ty weterynarzu.

W tej samej chwili Robert zrozumiał, że nie ma dziś szans na miejsce w anielskim amfiteatrze. Zerwał się na równe nogi – choć miał nieco krzywe – i zrobiwszy kilka kółek wokół siebie jak pies ganiający swój ogon skierował się do przylegającego do domu garażu.
W głębi stał motor. Wsiadł – a między nami – to raczej wskoczył – na niego jak na konia i ruszył przed siebie z okrzykami nadającymi się na kazanie satanistów.
Zebrani przed domem krzyczeli do niego, ale nie mógł ich zrozumieć; nawet gdyby mógł, nie miałoby to znaczenia. Jakiś sanitariusz próbował zagrodzić mu drogę, krzyczał i machał rękoma – na darmo – o mało co, by go nie rozjechał. 


Myślał, czy uda mu się dojechać do pobliskiego jeziora i wrzucić swoje marne ciało w toń wody. Edith nie żyła, a on miał zamiar jak najszybciej dogonić ją, choćby na niebiańskich schodach. Na ziemi lub w niebie, nie ważne, byle razem.
Nabrał szybkości; dojeżdżał do ruchliwego skrzyżowania.

– Teraz – powiedział do siebie – wjechać tylko na drogę.
Zamknął oczy.
Dźwięk pędzących samochodów wdarł mu się do głowy.
Nabrał prędkości godnej wyścigowego motocyklisty i wpadł na szosę.
Z zamkniętymi oczami puścił ręce od kierownicy, rozpostarł je szeroko.
Śmierć pod kołami pędzącej z szybkością sto kilometrów na godzinę ciężarówki musi być szybka – pomyślał.
Czuł napierający w pierś wiatr, który, miał nadzieję, zwiastował szybki koniec.

Krzyknął coś do siebie – nie wiemy co, ale przypuszczamy, że mogło być to coś w tym rodzaju: – bez tej kobiety moje życie ma taki sens jak zapalanie świeczki Bogu w momencie, kiedy spada na nas atomowa bomba – i wtoczył się pod strumień przejeżdżających samochodów.
Czas jakby zwolnił, zahamował, by dać chwilę przelatującym z zawrotną prędkością wspomnieniom. 


Ujrzał jak Edith śpiewa w klubie na swoim pierwszym koncercie, jak piją razem wino na wzgórzach – w to odosobnione miejsce chadzali, aby na chwilę dać wytchnienie domowemu łożu zmęczonemu, jęczącemu i popękanemu od miłosnych uniesień – jak budzi się rano i czuje jej ciepło, jak rzucają się ku sobie po kilku dniach rozłąki i tarzają po stole, a razem z nimi podskakują rytmicznie: talerze, noże i chochelki. Jedyna osoba, której nigdy nie widział smutnej, mimo, iż wielokrotnie dawał jej do tego powody – jego wyspa, jego azyl, jego lekarstwo, panaceum i kamień filozoficzny. 


Bez niej świat zapadł się jak wygasłe słońce – przejeżdżająca ciężarówka miała go od niego uwolnić.

– Koniec – powiedział, nie otwierając ust. Spojrzał na nadjeżdżający na niego wielki dźwig, na błyszczące cielsko monstrualnego auta, potwora, który miał go za chwilę unicestwić.

Trzask zgniatanych części motoru ogłuszył go – krew trysła, ale nie wiemy skąd – czuł zapach benzyny i ból uderzającego o olbrzymi konar drzewa swego ciała.
W chwilę później leżał na poboczu, gapiąc się żarłocznie na niewzruszony potok samochodów na drodze.

– To absurd – uderzył pięścią w kolano, jakby próbował wbić je w ziemię.
To jakiś żart – mówił tak do siebie głośno i wyraźnie, ale usłyszały go tylko poderwane do lotu, spłoszone ptaki. Następnie złapał się za głowę, jakby próbując ją wyrwać, i upadł na ziemię. Widział utworzony z chmur na niebie napis BÓG – a może BUT?
Był niewyraźny i nieudolny jak efekty specjalne z lat trzydziestych.
Dość – powiedział, będąc pewnym, że to kaprys jego zderzonej z drzewem głowy.
Spojrzał ponownie w górę.
Zobaczył bezchmurne niebo.
Uświadomiwszy sobie, że zostawił Edith być może jeszcze żywą w samochodzie przed domem i pojechał się zabić, , poderwał się z ziemi jak rakieta domowej roboty do lotu w kosmos, by po chwili ponownie upaść na piasek. Jak mogłem to zrobić – wypowiedział te słowa na głos.
Czuł jakby ktoś od środka ściskał mu płuca, spojrzał dookoła na zieleń lasu, która wyraźnie zbladła jak wysuszona trawa. 


– Co ja zrobiłem – krzyczał – oczy nabiegły mu gęsto łzami, które wypadały z nich powoli, uderzając o ziemię z łoskotem. Wydawało mu się, że słyszy jak walą o grunt.
– Nienawidzę, nienawidzę – wykrztusił te słowa, bijąc się przy tym po twarzy, szarpiąc swoje ubranie.

Przy drodze stali ludzie. Patrzyli na niego jak na zbiegłego z domu wariatów pacjenta, zdumieni i przestraszeni bali się podejść do niego bliżej. Robert upadł kolejny raz na ziemię. Powieki opadły mu z metalową ociężałością i poczuł jak unosi się w powietrzu. Usłyszał odliczanie – Raz, dwa, trzy...

Otworzywszy oczy, zobaczył czterech sanitariuszy, po jednym z każdej z jego strony, na dany do siebie znak przenieśli go z noszy na szpitalne łóżko, na które miękko opadł, straciwszy przytomność.

Każdy chyba człowiek chciałby wierzyć w jakiegoś Boga, w Wyższą Istotę, w coś, co sprawiedliwie porządkuje życie, w Boga dobrego, który za dobre uczynki nagradza, a za złe karze.
Taka naiwna wiara niektórych ludzi, coś, co zdarza się tylko w filmach, bo przecież można całe życie chodzić z wyrytym na sercu dekalogiem i nie różnić się dla Niego od zwykłego bandyty. Jak znaleźć w tym sens.
A może sens jest w tym, że nie ma sensu.
Czy świat zapełniony hulającą dobrocią, wspaniałomyślnością i uczciwością byłby lepszy?
Czy ludzie byliby lepsi, gdyby wiedzieli, że za każde przewinienie boży snajper zrobi im dziurę w głowie?
Trudno sobie wyobrazić, że wszyscy mogą być szczęśliwi, ale z niejakim oporem dociera do niego, że połowa ludzi na ziemi żyje w ubóstwie, w nędzy, prawdopodobnie więcej niż połowa – jak mniema Robert.
Jak to możliwe.
Naiwne pytanie.
Dlaczego świat wydaje na doskonalenie śmiercionośnych broni, zdolnych zabić wszystkich kilkusetkrotnie taką fortunę.
Dlaczego ludzie tak się siebie boją.
Dlaczego Bóg stworzył tak niszczycielską rasę: bogobojną, dwulicową, przebiegłą, bestialską, nietolerancyjną, tworzącą sztukę, a zarazem wojny, opiewającą miłość i hołdującą śmierci, międzykontynentalną rodzinę zdolną zsyłać na siebie pociski, choćby i atomowe, likwidującą granice, tworząc w te miejsca niewidzialne mentalne zasieki.

Śmiejcie się wszyscy, a on i tak będzie zadawał te naiwne pytania.

2 komentarze:

  1. Odczekalam do konca opowiesci. Przeczytalam calosc i szkoda mi bardzo, ze to juz koniec.
    Dzizas krajst, TY masz talent czlowieku!!!

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Stardust:: Wielkie dzięki za Twe słowa Dobrodziejko. Serce mi się raduje, że tak ją oceniasz, tak mnie oceniasz.
    Tylko nie wiem co z tym końcem książki?
    To dopiero 6 cześć - a ty mówisz, szkoda,że to już koniec.
    Tak czy siak. Bardzo mi miło.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń na zawsze