– Pamiętam, jak wyszliśmy z lasu i przez wielkie, brunatne pole ruszyliśmy w kierunku miasta. Z daleka wyłaniała się katedra St Bénigne, z której uciekł sam Bóg, o ile kiedykolwiek tam był do jasnej cholery... Ernest Pivot, przerwawszy, wydawał się szukać czegoś w pamięci; po chwili kontynuował.
Pamiętam, że pachniało wtedy wilgotną ziemią, poranne powietrze i delikatna mgła unosząca się nad jego powierzchnią wyglądały jak z obrazka, a nie z wojny trwającej czwarty rok.
Było cicho, nie fruwał żaden ptak, liście na drzewach jakby zastygły. Pobiegliśmy przez pole do najbliższego kulawego od wojennych ran domu – objęliśmy go kordonem swych ciał.