środa, 1 grudnia 2010

Dziadek z tatarem w dłoni - cz.3 - Grappa i wojna



W przeciwieństwie do dzieci Dziadek w niedziele zawsze robił to samo.
Malował ręcznie swoje unikalne etykiety na grappę i nalewki własnej produkcji.
Słowo unikalne dobrano odpowiednio w tym miejscu zważywszy, że do dziś wiele z tych etykiet wisi w małych drewnianych ramkach, równo jak obrazy w galerii w całym ich domu – co może być odebrane jako rodzinna lojalność – a znaczna ich część znajduje się w rękach prywatnych kolekcjonerów, co już nią uzasadnione nie jest.

Dziwiło wszystkich to, jak Dziadek potrafił znakomicie rysować – nie pobierał nigdzie nauk w tym kierunku – wspominając również w tym momencie o doskonałym wyczuciu kolorów.
Prawdę mówiąc, nikt w tamtym czasie nie miał o tym pojęcia.
Swoimi grubymi jak salami palcami potrafił wyczarować prawdziwe arcydzieła.

Dziadek prowadził małą – można powiedzieć zabytkową – destylarnię odziedziczoną po swoim ojcu, który przekazał mu tajemnice rzemiosła.Produkował grappę w systemie nieciągłym, za każdym razem napełniając kadzie wytłoczynami po zakończeniu destylacji.
Mimo, iż ta metoda produkcji była wielce pracochłonna, Dziadek nie skusił się dla większych zysków – kiedy na początku lat sześćdziesiątych wynaleziono proces ciągły – na wprowadzenie tego dochodowego, prostszego sposobu.
Może dlatego, że pieniądze, te cieniutkie prostokąty z masy drzewnej, na których – jak mawiał – sam diabeł drukował swoje rysuneczki z portretami sławnych osób, otrzymywane w zamian za czyniącą w większych ilościach spustoszenie w mózgu grappę, miały dla Dziadka znaczenie nie większe niż papier toaletowy po wyjściu z wychodka. 


Cóż – nie umiał robić nic innego.
Należy w tym miejscu wspomnieć, że grappa nie jest adekwatna dla francuskiej ziemi, przynależna jest raczej do włoskiej i nie wiadomo z jakich powodów była tak dobrej jakości – pomijając w tym momencie niesprawiedliwie czynnik ludzki.
Dziadek też nie wiedział, bo zastanawianie się nie było jego najmocniejszą cechą.

Destylarnia stała za plecami domu ukryta w głębokim cieniu otaczających ją orzechowych drzew.
Stanowiła mały budynek na planie kwadratu z parą wysokich okien w fasadzie.
Zbudowana była z czerwonej cegły. Po boku każdego z okien biegły dwa pilastry, tworząc pionowy rytm budynku, dając tym samym złudzenie większej wysokości budowli.
Całość przykryta była płaskim ale spadzistym z każdej strony świata dachem ze świetlikami.
Masywne, drewniane drzwi robiły wrażenie za dużych nawet dla wielkoluda i swoim ciemnym kolorem wyraźnie odcinały się od ścian jak przesadnie pomalowane usta na małej twarzy.
Dzieci nie miały do niej wstępu, więc stanowiła dla nich wieczny obiekt zainteresowań.

Dziadek produkował zaledwie kilka tysięcy butelek rocznie w niezmienionym od ponad kilkudziesięciu lat procesie produkcji, a mimo to jego grappa znana była daleko poza granicami regionu, a nawet państwa.
Wielu nadkładało drogi, aby dotrzeć po kilka butelek tego wyśmienitego trunku – mimo, że nie był nawet idealnie klarowny. Dziadek produkował również nalewki, choć słowo produkował nie jest tu odpowiednie.
Robił je praktycznie ze wszystkiego. – Tylko ze skarpet nie udało mi się zrobić nalewki – zwykł mawiać.

Nalewki Dziadka były prawdziwą alkoholową poezją, płynnymi klejnotami – jeśli można się tak banalnie wyrazić – i było ich zawsze dokładnie sto rodzajów (butelek było więcej, prawdopodobnie więcej niż pięćset – samej orzechówki było pięć odmian).
Zajmowały ogromną półkę w kuchni, całą szeroką ścianę, każdy jej centymetr.
Drabinka przymocowana do półek ułatwiała sięganie najstarszych trunków – kilkudziesięcioletnich – ustawionych na samej górze pod sufitem.
Robert bawił się nią podczas śniadań, trącał ją delikatnie, by patrzeć jak powoli i bezszelestnie przesuwa się wzdłuż ściany.
Na gościach drabinka nie robiła wrażenia, za to nalewki powodowały, że największy abstynent na ich widok szybko chciał udowodnić, że jego niechęć do alkoholu to wrzód na wątrobie, który właśnie szczęśliwie usunięto.

– O mein Gott! – wykrzyknął pewnego razu Hans, przyjaciel Dziadka ze studiów. Wszedł do kuchni i spojrzał na armię butelek.

– Jestem w niebie – westchnął. – Żeby jeden człowiek miał tyle alkoholu?

– To mój zawód...

Hans klepnął Dziadka w plecy i powiedział wesoło:

– To teraz jest to zawód? Ha, haaa – zaśmiał się jak koń.

– Produkuję grappę, za domem stoi moja destylarnia, a nalewki… – Dziadek zawiesił na chwilę głos – …nalewki to moje hobby. Jest ich dokładnie sto rodzajów, wybierz, którą chcesz.

– Sto? Dlaczego sto?

– Polecam orzechówkę. Po owoce do jej produkcji wdrapywałem się na moje stare orzechowe drzewo, ryzykując życiem, więc powinna być odpowiednia.

– Zawsze byłeś ryzykantem, teraz ja zaryzykuję.

– Mają po kilkadziesiąt lat – odpowiedział dumnie – niektóre.

– Wiem, na co cię stać, żartowałem – powiedział Hans.

Hans ponownie poklepał Dziadka po plecach, chwycił jego głowę pod ramię jakby chciał ją wyrwać i rzucił wesoło.

– Miło cię widzieć, pijacka mordo.

– Ciebie też, faszystowska ździro.

W taki oto sposób witało się dwóch starych przyjaciół w dobrym nastroju na nalewkowo-konwersacyjny wieczór.

Jedno z takich dziwnych powitań miało miejsce na długo przed urodzinami Roberta.
Usłyszał o nim w wieku dziesięciu lat od kolegi Dziadka Ernesta Pivota, który służył z nim w oddziale podczas drugiej wojny światowej.

Niestety, nigdy się nie dowiemy, które z wielu opowieści Dziadka i o Dziadku były prawdziwe, a które z palca wyssane.
Niektóre były niesamowite; do dzisiaj zastanawiamy się, na ile Dziadek musiałby być szalony, aby je wymyślać, no i przecież nie wszystkie opowiadał osobiście.

Kiedy Ernest Pivot przypominał tę historię, widać i słychać było, że robił to wiele razy i był zadowolony za każdym razem, kiedy czynił to ponownie.
Potrafił naśladować głos Dziadka – co niezmiennie wprawiało Roberta w osłupienie.
Zapraszał kolegów do swojego domu, aby mogli posłuchać tych opowieści mimo, iż Dziadek uważał, że jego druh ma niewyparzony język, a dzieci zastanawiały się jak i po co wyparza się własny język.
Siadały w salonie, na miękkim dywanie, z otwartymi buziami, jakby słowa tych historii wpadały właśnie przez nie do ich główek.

– W tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym, kiedy te zasrańce, przepraszam, Niemcy się wycofywali – zaczął Ernest Pivot – nasz oddział wyglądał jak ser, a raczej jak dziury pozostałe z tego sera.
Wyszliśmy na skraj lasu w okolicy małego miasteczka koło Dijon.
Mieliśmy lornetkę ze zbitym okularem, która służyła nam niczym peryskop do obserwowania firmamentu takich zrujnowanych wojną miasteczek.
Naszym rozkazem było zlikwidowanie wszystkich Niemców, jakich spotkamy – nie niewola, żaden tam areszt, czy więzienie, ale strzał w głowę, w serce, w cokolwiek, po prostu śmierć.

– Zabijcie wszystkich szwabów, jakich spotkacie, i bez gadania.
Odmaszerować. Między niektóre słowa Ernest Pivot wplatał soczyste przekleństwa mimo, że audytorium stanowiła grupka dzieci.

– Nikt nie ryzykował dyskusji. Nasz kapitan Marcus Meller nienawidził tych gadzin – to znaczy Niemców.
To była dopiero nienawiść – wzorowa.
I miał powody.
Te żałosne gnidy powiesiły mu żonę na dębie przy jego domu, a on powiesił się obok niej.
To znaczy powiesił się – na chwilę.
Uratował go sąsiad z wioski.
W samą porę odciął linę i kapitan spadł na ziemię, krztusząc się i charcząc.
Milcząco pobiegł w kierunku lasu.
Dopiero z oddali słychać było dochodzące słowa. – Będę ich mordował nawet gołymi rękoma, gołymi rękoma – darł się jak opętany.
Tak się składa, że Marcus Meller był w naszym oddziale tak samo jak Dziadek – to znaczy był naszym dowódcą.

4 komentarze:

  1. Nivejka:: Dziadek maksymalnie odjazdowy. I powiem ciekawostkę. Autentycznie jest podobny do mojego kochanego Dziadka, o którym wiele pisałem...

    MajaK:: Czytaj bo Cię potem przepytam Dobrodziejko moja kochana.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. hehe, powiesił się na chwilę ;))
    Dawaj dłuższe te odcinki, Bareyku ;)

    OdpowiedzUsuń na zawsze