Ostatecznie Dziadek namówił Roberta, aby spróbował swoich sił jako kucharz, polecił tę samą szkołę, w której studiował, i sprawił, aby uwierzył, że to jego powołanie.
– Robert – zawołał go tamtej niedzieli, kiedy wszyscy wybiegli na dwór. Pamiętał ten dzień, były jego urodziny, 13 lipca 1958 roku, miał dziesięć lat.
Zatrzymał się w drzwiach, pochylił się jak garbus i uniósł ramiona.
– Dziadku, dziś jest niedziela, jest niedziela, Dziadku.
Nie usłyszał odpowiedzi, Dziadek machnął zawadiacko ręką i zniknął za framugą kuchennych drzwi.
Mógł oczywiście uciec, ale czuł, że Dziadek nie woła go tego dnia, tylko po to, aby wręczyć mu kiść winogron czy cukierka własnej receptury.
Jak narciarz po śniegu, Robert zaczął przesuwać się w kierunku kuchni; szuranie butów miało – jak mniemał – dodać mu otuchy.
Wjechał do niej łagodnie, ale poślizgnął się na marmurowej podłodze, ratując się podpórką z lewej ręki.
Wstał.
Dopiero wtedy, w swoje urodziny, ujrzał nad stołem wiszące na grubych łańcuchach przymocowanych do sufitu wielkie koło z nieheblowanego drewna, z długimi szczelinami pęknięć; wyglądało jak od rydwanu cyklopa lub gigantycznego wozu.
Zawieszone były na nim: garnki, patelnie, durszlaki, chochle, korkociągi, wianki czosnku, cebule w specjalnych siatkach, które można było wygodnie pojedynczo z nich wyciągać.
Nie zwracał wcześniej uwagi na tę olbrzymią konstrukcję – ale czy w tym wieku zwraca się uwagę na cokolwiek oprócz zabawy, no i ładnych dziewczyn?
– Czas na mały test – powiedział dobrotliwie Dziadek, wyczuwając jego niepokój.
Robert usiadł przy stole i z niedowierzaniem powoli przesunął głowę w lewo i w prawo.
Na stole stały niezliczone ilości małych buteleczek, wszystkie były identyczne: z grubego szkła, bardzo wąskie, z długą szyjką – zakończoną delikatnym szklanym kołnierzem.
Butelki zamknięte były czymś na kształt grzybka wykonanego z korka, takiego samego, jakim zamyka się butelki z winem – różniły się tylko zawartością.
Przed nimi leżała czarna szarfa.
Poza tym na stole panowała absolutna nieznana mu wcześniej stołowa pustka – stół lśnił, oślepiając czystością.
– Teeest – powiedział przeciągle Dziadek.
– Raczej dziękuję, to ja już pójdę.
Nim jego noga dotknęła ziemi, ogromny nóż uniósł się w górę, poczym spadł szybko jak piorun na stół.
Butelki jak oddział wojska poruszyły się jednocześnie, zadźwięczało szkło, nóż zrobił trrrrr – a on, z trudem przełknął ślinę.
– To żarty – Dziadek uśmiechał się. – Taki mały test. Zawiąż sobie oczy, szarfa leży przed tobą.
Robert wykonał posłusznie polecenie i siedział zatopiony w ciemności, wsłuchując się, czy Dziadek, aby nie chwyta za wielki tasak do mięsa.
Może znudziły mu się jego kulinarne eksperymenty i zapragnął ludzkiego mięsa – pomyślał – i już chciał zerwać szarfę z oczu, aby uciekać choćby do Afryki, kiedy Dziadek miękkim głosem oznajmił:
– Weź buteleczkę, tę najbliższą, wypij odrobinę.
Robert wyciągnął rękę przed siebie, trafiając w zimne szkło butelki.
– Otwórz ją i wypij odrobinę – powtórzył polecenie.
Po zdjęciu korka Robert poczuł świeże mleko; nie namyślając się powiedział: mleko.
– Nawet jej nie przyłożyłeś do ust – Robert nie rozumiał, dlaczego Dziadek jest taki podekscytowany; usłyszał jak pisze ołówkiem na papierze.
– Następna butelka, nie pij tylko powąchaj.
Wyciągnął dłoń po następną buteleczkę, złapał za wąską szyjkę, a jego palec wskazujący znalazł się na korku; poczuł jakąś lepkość, potarł palcem wskazującym o kciuk i szybko skierował go w okolice nosa jakby śpiewał do mikrofonu.
– Miałeś otworzyć i powąchać – poinstruował go Dziadek wyraźnie zbity z tropu.
– Zrób to jesz…
– Lawenda, olejek lawendowy – powiedział Robert.
Nie można stwierdzić, ile było buteleczek, Dziadek wydawał krótkie polecenia, a on pił lub wąchał. Słyszał przez cały czas jak ołówek tańczy po papierze.
Po około dziesięciu minutach Dziadek powiedział.
– Zdejmij.
Robert rozwiązał szarfę posyłając ją w górę; zmrużył oczy oślepiony światłem wpadającym przez okno. Obserwował, jak szarfa powoli spada na podłogę.
– Brawo – powiedział Dziadek z entuzjazmem.
Klasnął w dłonie.
Na stole Robert dostrzegł leżącą przed Dziadkiem wielką kartkę, miała wiele poziomych i pionowych linii, był to jakiś diagram lub tabela. W prawym górnym rogu dało się zauważyć dużą pieczęć.
– Oto – Dziadek zaczął bardzo oficjalnie, w głosie było czuć wyraźny odcień dumy – test zatwierdzony przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Kiperów Kulinarnych, test wyłaniający najlepszych, nosy i podniebienia nielicznych szczęściarzy, przerwał, zrobił z ust cienką szparkę i zaczął kręcić głową, mówił coś pod nosem: dziesięciolatek nie może… to jakaś pomyłka… czy to… co za dureń mi to przysłał – powiedział wzburzony.
Rozbieganym wzrokiem ganiał litery po wielkim arkuszu papieru.
– Zabiję go – chwycił kartkę drugą ręką i przedarł na pół. Darł ją na kawałki, zaczynając, ale nie kończąc wyrazów. Może klął – tego nie wiemy.
Kiedy kartka zamieniła się w konfetti, Dziadek spojrzał na Roberta i powiedział. – To jakaś pomyłka – masz więcej punktów niż Daniel Escoffier, najlepszy kucharz w Europie, prawnuk największego kucharza wszechczasów – dałeś mu popalić szesnastoma punktami. Jeśli ten test nie kłamie, jesteś po prostu… Dziadek zamachał rękoma na wysokości twarzy i nie dokończył. Wyszedł z kuchni i krzyknął, kiedy nie było go widać.
– Geniuszem.
Szkoła
Po kilku latach od tego wydarzenia Robert pojechał do Paryża, aby stanąć w progach słynnej szkoły, o której Dziadek wspominał na tyle często, że stała się dla niego jakąś formą mantry.
W pewnym momencie sam stał się tą mantrą.
Widok neogotyckiego budynku szkoły, z rysującymi chmury wieżyczkami po bokach, z lasem w tle tak czarnym jak kilometrowa dziura w ziemi, zrobił na nim wrażenie raczej siedziby Drakuli niż miejsca, gdzie naucza się rzemiosła zwanego gastronomią.
Widok neogotyckiego budynku szkoły, z rysującymi chmury wieżyczkami po bokach, z lasem w tle tak czarnym jak kilometrowa dziura w ziemi, zrobił na nim wrażenie raczej siedziby Drakuli niż miejsca, gdzie naucza się rzemiosła zwanego gastronomią.
Wrażenia jednak mogą być mylne, jak to wrażenia mają w zwyczaju.
Bez trudu mógł sobie przypomnieć jak pierwszy raz zobaczył bar McDonald’s.
Wtedy również odniósł mylne wrażenie.
Kolorowy budyneczek z fikuśnym logo, jakby przed chwilą wyskoczył z kreskówki, wydawał się być sklepem albo barem czy czymś w tym rodzaju – z plastikowymi zabawkami, a okazał się miejscem z plastikowymi zabawkami i plastikowym jedzeniem; i zabawki, i jedzenie pewnie robią z tego samego surowca – w duchu tak o tym myślał.
Zastanawiające, jak łatwo sprzedaje się dziś ładną bylejakość – zastanowił się, wypowiedziawszy tamte słowa na głos, a sprzedawca ukazał swoje nienaganne uzębienie, a nawet dziąsła.
Sądząc po ilości budowanych kolorowych budyneczków na całym świecie, bylejakość stała się obowiązującą normą – wyraził się po latach.
Robert uważał, że człowiek to coś więcej niż maszynka do produkcji ekskrementów.
Szkoła była olbrzymia.
Szkoła była olbrzymia.
Na parterze znajdowała się: stołówka, biblioteka, małe kino, sauna, siłownia, sala gimnastyczna, bilard i kilka boksów do squasha; na drugim piętrze były sale zajęć, laboratoria, sala historyczna i małe muzeum; na trzecim i czwartym pokoje mieszkalne – brakowało tylko lotniska.
Była udanym połączeniem drewna i cegły, choć na architekturze Robert nie znał się szczególnie.
Znalazłszy swój pokój, otworzył niepewnie drzwi, zobaczył małe pomieszczenie z trzema niebieskimi łóżkami, nad jednym unosiła się delikatna mgła, a na niej kołysało się dwóch jego przyszłych współlokatorów.
– Cześć – powiedział z trudem, zaskoczony kłębem dymu, który wepchnął mu się do ust.
– Witaj przybyszu – odpowiedzieli salwą śmiechu. W rzeczy samej rechotali jak stado żab podłączone do wielkich głośników.
Bardziej od tego jak koledzy z pokoju dwadzieścia sześć byli pochłonięci paleniem, zainteresował go wiszący nad łóżkiem, na którym siedzieli, nieco przekrzywiony plakat Milesa Davisa.
Znalazłszy swój pokój, otworzył niepewnie drzwi, zobaczył małe pomieszczenie z trzema niebieskimi łóżkami, nad jednym unosiła się delikatna mgła, a na niej kołysało się dwóch jego przyszłych współlokatorów.
– Cześć – powiedział z trudem, zaskoczony kłębem dymu, który wepchnął mu się do ust.
– Witaj przybyszu – odpowiedzieli salwą śmiechu. W rzeczy samej rechotali jak stado żab podłączone do wielkich głośników.
Bardziej od tego jak koledzy z pokoju dwadzieścia sześć byli pochłonięci paleniem, zainteresował go wiszący nad łóżkiem, na którym siedzieli, nieco przekrzywiony plakat Milesa Davisa.
Nie widział nigdy wcześniej takiego zdjęcia, a wierzcie widział ich wiele, bo w swej pasji i uwielbieniu dla tego muzyka granice rozumu rozciągnął daleko poza zdroworozsądkową normę.
Miles siedział na metalowym krześle, prawą rękę miał opartą o stół, lewa leżała na oparciu krzesła razem z nogą, która z niego zwisała.
Miles siedział na metalowym krześle, prawą rękę miał opartą o stół, lewa leżała na oparciu krzesła razem z nogą, która z niego zwisała.
Było w tym zdjęciu coś surrealistycznego, dziwna poza i to zamyślenie w twarzy, a do tego zdjęcie grało. Wyraźnie dochodził do niego dźwięk trąbki – długi, miękki, przejrzysty i smutny. Blue In Greek rozpoznał, pianino zakończyło frazę i Miles zaczął All Blues. Miles się śmiał. Na tej płycie nigdy czegoś takiego nie słyszałem – pomyślał.
– Heeeellllloow boy – usłyszawszy przeciągłe zawołanie, Robert zobaczył machającą do niego rękę, która żyjąc własnym życiem strąciła wszystko z parapetu, zerwała ze ściany plakat Milesa i zmiotła wielki magnetofon z małego stoliczka. Miles natychmiast ucichł, a zamiast niego dwusekundową ciszę rozerwał piskliwy głos człowieka w długich włosach.
– Nareszcie przestali piszczeć. Dżizes krajst.
– Jedna z moich ulubionych płyt – oznajmił Robert.
Długowłosy zamilkł zaskoczony odpowiedzią, spojrzał w lewo i prawo, jakby kogoś szukał i usiadł; drugi człowiek w pokoju wstał, lekko zachwiał się, trafił ręką z papierosem do ust, głęboko się zaciągnął i wykrztusił.
– Moja też – wciągając powietrze do płuc; drugi człowiek odchylił się mocno do tyłu i wyciągnął rękę do przywitania.
– Max – przedstawił się.
– Robert – powiedział niedbale w odpowiedzi na spoważniałą w jednym momencie twarz Maxa.
– Zapalisz? Mamy cholernie znakomite ziółko.
Robert nie wiedział co to jest cholernie znakomite ziółko, podejrzewał jednak, że koledzy z pokoju nie palą majeranku zawiniętego w bibułę.
Max przymknął jedno oko i wyciągnął w jego stronę coś, co było dalekim echem papierosowego skręta.
– Muszę się rozpakować – odpowiedział, nie znajdując lepszej wymówki.
– Cienias – długowłosy zawył przeciągle – nazywał się Jacques, ale o nim dowiemy się nieco później.
– Nie paliłem od dawna – Robert wypowiedział to zdanie z największą powagą, na jaką w owym momencie było go stać. Tak między nami – to Robert palił tylko gałęzie winogronowych drzew w winnicy Dziadka.
Trzęsącą się rękę, z obawy przed nieznanym skutkiem działania zioła przyłożył do ust i pociągnął spory kawał dymu.
– Przytrzymwaj dłuho w łucach – wybełkotał Max – próbując nie wypuścić dymu.
Robert napiął policzki niczym zawodowy trębacz – myślał, że się udusi.
– Dobra stary, bo się udusisz – powiedział Max i wypuścił w jego stronę chmurę dymu.
– Usiądźmy przed podróżą panowie – wyjąkał Jacques.
Robert dał krok w kierunku łóżka, kiedy jego noga zachowała się jak dętka od dziecięcego rowerka. Wygięła się we wszystkie strony i ugięła pod jego ciężarem. Widok gumowej, tańczącej jak indyjska kobra nogi wprawił go w żołądkowe konwulsje. Był przekonany, że zwymiotuje.
– No to co panowie, po maszku? – powiedział Jacques przekazując Maxowi skręta. Max z błogą miną zniknął za olbrzymią chmurą dymu. Następnie zniknął długowłosy. Z powłóczącą nogą Robert dotarł do łóżka; było ogromne, jego postać wydawała mu się niewiele większa od leżącej nań poduszki. Obróciwszy się, zobaczył dłoń z papierosem wyłaniającą się zza ściany dymu. Dłoń wirowała wokół własnej osi.
– Dzięki – wyrzucił z zachrypniętego gardła. Pociągnął niewielką porcję dymu i poczuł jak jego druga noga zamienia się w dętkę. – Ciekawe, czy po trzecim hauście zamienię się w ludzika Michelin – pomyślał i nagle usłyszał w okolicach prawego ucha wyraźny dźwięk trąbki – znowu grał Miles. Tylko dlaczego trąbi mi prosto do ucha – zastanowił się.
– Heeeellllloow boy – usłyszawszy przeciągłe zawołanie, Robert zobaczył machającą do niego rękę, która żyjąc własnym życiem strąciła wszystko z parapetu, zerwała ze ściany plakat Milesa i zmiotła wielki magnetofon z małego stoliczka. Miles natychmiast ucichł, a zamiast niego dwusekundową ciszę rozerwał piskliwy głos człowieka w długich włosach.
– Nareszcie przestali piszczeć. Dżizes krajst.
– Jedna z moich ulubionych płyt – oznajmił Robert.
Długowłosy zamilkł zaskoczony odpowiedzią, spojrzał w lewo i prawo, jakby kogoś szukał i usiadł; drugi człowiek w pokoju wstał, lekko zachwiał się, trafił ręką z papierosem do ust, głęboko się zaciągnął i wykrztusił.
– Moja też – wciągając powietrze do płuc; drugi człowiek odchylił się mocno do tyłu i wyciągnął rękę do przywitania.
– Max – przedstawił się.
– Robert – powiedział niedbale w odpowiedzi na spoważniałą w jednym momencie twarz Maxa.
– Zapalisz? Mamy cholernie znakomite ziółko.
Robert nie wiedział co to jest cholernie znakomite ziółko, podejrzewał jednak, że koledzy z pokoju nie palą majeranku zawiniętego w bibułę.
Max przymknął jedno oko i wyciągnął w jego stronę coś, co było dalekim echem papierosowego skręta.
– Muszę się rozpakować – odpowiedział, nie znajdując lepszej wymówki.
– Cienias – długowłosy zawył przeciągle – nazywał się Jacques, ale o nim dowiemy się nieco później.
– Nie paliłem od dawna – Robert wypowiedział to zdanie z największą powagą, na jaką w owym momencie było go stać. Tak między nami – to Robert palił tylko gałęzie winogronowych drzew w winnicy Dziadka.
Trzęsącą się rękę, z obawy przed nieznanym skutkiem działania zioła przyłożył do ust i pociągnął spory kawał dymu.
– Przytrzymwaj dłuho w łucach – wybełkotał Max – próbując nie wypuścić dymu.
Robert napiął policzki niczym zawodowy trębacz – myślał, że się udusi.
– Dobra stary, bo się udusisz – powiedział Max i wypuścił w jego stronę chmurę dymu.
– Usiądźmy przed podróżą panowie – wyjąkał Jacques.
Robert dał krok w kierunku łóżka, kiedy jego noga zachowała się jak dętka od dziecięcego rowerka. Wygięła się we wszystkie strony i ugięła pod jego ciężarem. Widok gumowej, tańczącej jak indyjska kobra nogi wprawił go w żołądkowe konwulsje. Był przekonany, że zwymiotuje.
– No to co panowie, po maszku? – powiedział Jacques przekazując Maxowi skręta. Max z błogą miną zniknął za olbrzymią chmurą dymu. Następnie zniknął długowłosy. Z powłóczącą nogą Robert dotarł do łóżka; było ogromne, jego postać wydawała mu się niewiele większa od leżącej nań poduszki. Obróciwszy się, zobaczył dłoń z papierosem wyłaniającą się zza ściany dymu. Dłoń wirowała wokół własnej osi.
– Dzięki – wyrzucił z zachrypniętego gardła. Pociągnął niewielką porcję dymu i poczuł jak jego druga noga zamienia się w dętkę. – Ciekawe, czy po trzecim hauście zamienię się w ludzika Michelin – pomyślał i nagle usłyszał w okolicach prawego ucha wyraźny dźwięk trąbki – znowu grał Miles. Tylko dlaczego trąbi mi prosto do ucha – zastanowił się.
– Ciszej Miles, proszę – powiedział błagalnie, muzyka ulotniła się w jednej chwili, a cisza zdawała się trwać błogą nieskończoność zatopiona w ciemności trzyosobowego pokoju.
Kiedy ostre światło przedzierające się zza okien obudziło go z rana, targany czyjąś ręką usłyszał.
– Dżizes krajst, pobudka. Głowa z plakatu pochyliła się w jego stronę.
– Nie wydzieraj się tak, bo zrobisz mi w głowie dziurę – Robert odskoczył przerażony w narożnik ściany na widok wychylonej z plakatu postaci.
– Facet – zawołał właściciel długich włosów – wstawaj, dziś pierwsze zajęcia.
Miles na plakacie przybrał pierwotną pozę i zamienił się w drukarską farbę.
Kiedy ostre światło przedzierające się zza okien obudziło go z rana, targany czyjąś ręką usłyszał.
– Dżizes krajst, pobudka. Głowa z plakatu pochyliła się w jego stronę.
– Nie wydzieraj się tak, bo zrobisz mi w głowie dziurę – Robert odskoczył przerażony w narożnik ściany na widok wychylonej z plakatu postaci.
– Facet – zawołał właściciel długich włosów – wstawaj, dziś pierwsze zajęcia.
Miles na plakacie przybrał pierwotną pozę i zamienił się w drukarską farbę.

...pięknie !! ...bardzo plastycznie opowiadasz....widzę te miejsca ......
OdpowiedzUsuń na zawszeNiektórym to się w życiu zapisuje tyle, że starczyłoby na kilka tomów, innym ledwo na nowelkę... ale to chyba nie ma większego wpływu na sumę szczęścia, choć poczytać fajnie :)
OdpowiedzUsuń na zawszePozdrowienia świąteczne :)
MajaK:: Bo plastyk kończyłem - to może stąd...
OdpowiedzUsuń na zawszeDzięki Dobrodziejko Kochana.
magenta:: Dzięki wielkie ale wiesz jak to jest. Można tomy pisać i co?
Gdyby na moje 3 linijki tekstu milion ludzi na bloga wchodziło to mógłbym podejrzewać że to jest coś.
Tak czy siak - bardzo cenie sobie Twoje słowa.
O jak dobrze, że tu trafiłem. Potwierdza się wszystko to co w komentarzach na blogu kulinarnym.
OdpowiedzUsuń na zawszeBrak dowartościowania, ja na miejscy Pani magenty czułbym się obrażony. Uważam, że lekceważące tak czy siak jest bardzo niegrzeczne.
Najsłynniejszy anonim:: Napisz cokolwiek konstruktywnego. Wyraź swoją niechęć do formułowanych przeze mnie zdań. Że mylę fakty albo o czymś zapominam. Cokolwiek.
OdpowiedzUsuń na zawszeNapisz konstruktywnie albo pokaż przykład, że nie składasz się z samej żółci i krew cię zalewa jeśli ktoś łazanki nazwie makaronem.
Nie komentuje tych nóżek na Twoim blogu i hasła...
Bądź tak miły - bardzo proszę - i nie wchodź na moje blogi.
Nie interesuje mnie wasz konflikt ale Bareya trochę kręcisz, dla ciebie łazanki to nie makaron , przynajmniej tak pisałeś ,a teraz manipulując wykręcasz się. Napisz na blogu 100 razy - łazanki to makaron, najsłynniejszy anonimowy to skomentuje w stylu " a nie mówiłem " i będzie po sprawie. Po co kłótnie, wszyscy jesteśmy omylni, każdemu może się zdarzyć.
OdpowiedzUsuń na zawszeAnonimowy:: Anonimowy ma lub może napisać. Zaraz zaraz - ciasto na łazanki to to samo co na makaron. Ja pieprze, wszyscy mówią kluski, a tu się okazuje, że to jakieś przyzwyczajenie, jakaś blaga, bo milion ludzi tak powiedziało.
OdpowiedzUsuń na zawszeJak byś się wgłębił w to co pisze i odrzucił ewidentne ludzkie - moje - słabostki to byś to zauważył.
p.s. nie jesteś specjalistą od kuchni. powielasz i publikujesz wytarte schematy.
Łazanki to kluski - ble ble ble.
Bo tak napisane w wikipedii.
p.s.2 Tak czy siak nie interesuje mnie polemika z Tobą ani tłumaczenie się.
Mam nadzieję, że to nasz ostatni post.
W takim razie podpisuję się pod tym co napisali inni anonimowi.
OdpowiedzUsuń na zawszePS Dla mnie Wikipedia jest większym autorytetem niż Ty ze swoim blogiem.
Bez urazy nie jestem do ciebie wrogo nastawiony więc nie traktuj mnie jako potencjalne zagrożenie ( czego?), jak wroga.
Anonimowy:: Złóżmy topory bo to nie ma sensu.
OdpowiedzUsuń na zawszeJak ci się podoba moja powieść, którą kiedyś spłodziłem? Jestem ciekaw Twojego zdania.
pozdrawiam