poniedziałek, 22 listopada 2010

Dziadek z tatarem w dłoni - cz.2 - Historia Dziadka



Dziadek urodził się burzliwego roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego.
Mówił, że jesteśmy sumą wydarzeń roku, w którym się urodziliśmy, chłoniemy to wszystko co wydostaje się z ludzkich dusz i unosi się jak poranna mgła nad ziemią, a my stoimy w jej środku.

W 1898 roku anarchiści zamordowali bogu ducha winną, piękną, piszącą wiersze Elżbietę Bawarską, dla przyjaciół zwaną Sissi.
Jej morderca Luigi Lucheni powiedział na przesłuchaniu – „Chciałem po prostu zamordować kogoś sławnego”.
Po prostu. W tym samym roku zawiązała się Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza Rosji, która zamiast obiecywanej społecznej równości zaaplikowała swym wyznawcom wspólną zbiorową samotność.
Amerykanie walczyli w tym czasie z Hiszpanią, Anglia zajęła Sudan i toczyła bój z Francją o wpływy nad Nilem.
Jednym słowem – wojny, przemiany i nadchodzący przełom wieków.

Jaki to wszystko miało związek z jego Dziadkiem, Robert nie wiedział, choć musiałby przyznać, iż urodzony dwudziestego drugiego czerwca, w tym samym dniu i roku, co Erich Maria Remarque, na którego wpadł w okopie w czasie pierwszej wojny światowej, robił na nim zawsze olbrzymie wrażenie.
Erich Maria Remarque i Dziadek spotykali się wielokrotnie w tym domu z niebieskimi okiennicami i czterospadowym dachem wysuniętym poza granice ścian i za każdym razem wspominali ów moment, kiedy rąbnęli w siebie jak dwa barany, żołnierskimi hełmami, pieczętując całe zajście łapczywymi łykami grappy z osobistej manierki Dziadka, siedząc z mokrymi tyłkami w zalanym okopie.
Nie mieli widocznie ochoty powiększać morderczej statystyki ówczesnej wojny.

Po upadku Dziadka na marmurową podłogę w nim też coś pękło, jakby przez chwilę miał pięćdziesiąt lat i stracił całą swą dziecięcą niewinność.
Nagle stało się oczywistym, że każde pozornie błahe wydarzenie może być dla kogoś, kto znalazł się w jego zasięgu, zupełnie czymś innym.
Próby wysyłania potraw na największą wysokość skończyły się dla Dziadka jedynie kilkoma siniakami i bólem pleców, ale kto wie, jaki byłby tego dnia scenariusz gdyby…

To „gdyby” prześladowało Roberta od zawsze.
Zawsze, choć to całkiem pozbawione sensu, zastanawiał się, co-by-było-gdyby.
Budził się wcześnie rano i, nie wychodząc z łóżka, zastanawiał się nad przeróżnymi wariantami gdyby.
Krzyżował nogi jak samuraj i włączał „gdybowyobraźnię”.

Jeśli Titanic miałby choć niewielką awarię przed wypłynięciem z portu – zastanawiał się – to może z górą lodową by się nie zderzył, tym samym kilka różnych osób dotarłoby bez szwanku do Ameryki.
Jedną z nich byłby szalony naukowiec na usługach armii, tak dalece przekonany o swej misji służenia obronie kraju, że zamiast konstruować działa międzykontynentalnego zasięgu, wymyśliłby coś o wiele groźniejszego, jakiegoś zabójczego wirusa zdolnego zmieść z powierzchni jego ukochanej – bo tak o niej wtedy myślał – planety, całą ludzkość. 


Mogące go doprowadzić do obłędu katastroficzne scenariusze, przerywał zawsze tubalny głos Dziadka wołającego wszystkich rano na śniadanie.
Nie lubił dyscypliny porannego wstawania i gromadnej konsumpcji, choć musiał przyznać, że po latach myśli o nich zupełnie inaczej. 

Opowiadania Dziadka, rozmowy z nim i ta jego swoista filozofia – dla niejadków miał następującą dewizę: „Patyki, kije, wszystko w tyłku zgnije” – dały mu więcej niż cała państwowa edukacja.
Niestety, zorientował się o tym zbyt późno i nie zdążył mu za to podziękować.
Na szczęście sporo z tych nauk żyło w nim – był o tym najzupełniej przekonany – i pewnie cieszyło to Dziadka, kiedy tak sobie spoglądał na niego z nieba, bo taką właśnie scenę Robert wyobrażał sobie zdecydowanie często.

Wołał ich zawsze jednym zwykłym słowem:

– Kuchniaaaa.

Zasiadali wtedy przy płaskowyżu – tak nazywali wielki dębowy stół z charakterystycznymi nogami zawiniętymi przy podłodze w ślimacznice – ożywieni zapachem omletów, pistou, sera, kminku ukrytego w świeżym chlebie, domowego masła, miodu i konfitur z piwnicznych zapasów. Leżało to wszystko na wielkich talerzach i stało w ogromnych słojach; czasami miał wrażenie, że mieszka w domu olbrzyma i tylko czeka jako przekąska na swoją kolej.

– Olivia – kim chcesz zostać jak dorośniesz?

Dziadek zwrócił się pewnego razu do jego młodszej siostry.

– Sostane kuchazem, bede piekla tarty, wsysko bedzie psepysne.

– Słyszałeś, co ten czteroletni szkrab mówi? – uderzył w Roberta olbrzymim znakiem zapytania.

– Dziadku, dlaczego sam nie mogę zdecydować, kim…

– Możesz być kim zechcesz – przerwał mu. – Ja po prostu chcę ci powiedzieć, że masz talent, zrobisz z nim, co zechcesz, ale moim obowiązkiem jest od czasu do czasu krzyknąć ci do ucha – w tym momencie Dziadek podniósł głos. – W razie jakby w tej głowie nic nie było, usłyszałbym jak słowo kucharz odbija się echem po pustej czaszce. Wtedy dałbym ci spokój.

– Ale w pustej głowie zmieści się więcej mądrości.

Jego brat i trzy siostry zachichotały równocześnie.

– Ha, ha – ryknął Dziadek – zdawało się, że od jego śmiechu drży stół i wszystko dookoła.
– Faktycznie ten twój łeb jakiś duży jest. Istny pojemnik na śmieci – z sardonicznym uśmiechem spojrzał mu prosto w oczy.

– Dziadku, ja sostanę kuchazem – wołała Oliwia, podskakując na krześle.

– Mój kochany miód na serce – odpowiadał Dziadek.

Tamtego dnia była niedziela, dzieci pośpiesznie zjadły śniadanie i wybiegły z domu. W niedziele nie miały żadnych obowiązków. 

4 komentarze:

  1. ...czytam,czytam...czekam na dalej...
    Majka

    OdpowiedzUsuń
  2. Majka: Dziękuje za odwiedziny.
    Bezustanne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozytyw_ka:: Dzięki, dzięki.
    Obiecuje, że za chwile książka się rozkręci na całego.

    OdpowiedzUsuń