czwartek, 18 listopada 2010

Dziadek z tatarem w dłoni - cz.1 książki



Wysmażyłem kiedyś książkę, tak jak wysmażyłem kiedyś kotleta.
Książka jest jedna, kotletów – setki.
Nie wiem, co lepsze.
Może kotlety.
Duża część tej książki powstała w samotności na mojej działce.
Choć to nie jest istotne daje, jako takie pojęcie o warunkach, w których jestem w stanie się skupić.
Do rzeczy.
Kiedy na „naszej klasie” pochwaliłem się: „że, napisałem KSIĄŻKĘ”, tabuny odnalezionych znajomych poprosiły o wysłanie im kopii.
Odpowiedziała jedna.
Osoba, którą miałem niewątpliwą przyjemność poznać w podstawówce.
Dacie wiarę?
Kilkadziesiąt przyjaciół i ta jedna podstawówkowa znajomość?
Żenujące.
Wcześniej wysłałem książkę do kilkudziesięciu wydawnictw.
To materiał na osobną książkę.
Pomyślałem, że mimo wielkiego rodzinnego entuzjazmu, książka jest najprościej mówiąc – kiepska.
Przeczytałem raz, potem drugi, z pierwszej osoby zrobiłem trzecią, zredagowałem całe akapity, poprawiłem ukryte błędy.
Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem, że nie jest to czystej wody grafomania.
Może trąci tu i ówdzie banałem, brak jej konsekwencji i autor na siłę próbuje sprzedać swoje poglądy na jej kartkach, to ma jedną dobrą cechę.
Jest szczera i autentyczna.
Prawie wszystko w niej zawarte jest konkretem, obleczonym w źdźbła wyobraźni autora.
Ale aby nie przedłużać.
Chciałbym Wam zaprezentować to "dzieło", które żem uczynił jakiś czas temu – dla Waszej rozrywki w pastwieniu się nad jego grafomanią – chociażby.
A może i nie tylko - mam nadzieję.
Zapraszam-----------------------------------------------------------------------------------------------------
1. Dziadek
Jego dom wyglądał jak prowansalski kamienny mas z drewnianymi niebieskimi okiennicami;
nakryty był czterospadowym dachem wysuniętym poza granice ścian.
Leżał w amfiteatrze winogronowych pól.
Tworzyły mozaikę zielonej nieskończoności.
Nigdy nie wiał tu wiatr, mistral omijał ten zakątek, niewiadomo dlaczego.
Zarodki szaleństwa, które powodował, rozwiewały się w tym miejscu bezpowrotnie.
Mieszał się tu ze sobą zapach lawendy, winogron, gleby spieczonej bezlitosnym słońcem i rzeki płynącej blisko – choć powiecie zapewne, że rzeka nie pachnie. 


Dla niego pachniało wszystko.
Myślał, że ten zapach jest zapachem świata – jego potem.
Wraz z mijającymi latami zapach zaczął się ulatniać, słabnąc z roku na rok. Inna woń przywędrowała na jego rodzinną wyspę jak niechciany okręt po brzegi zapełniony obcymi.
Nie każdy ją czuł i nie każdy był jej świadom.
Uważano, że to jego dziecięce fantazje, a on rozpoznawał ten obcy zapach tak samo jak wtedy, kiedy u państwa Besson – jego sąsiadów – pieczono ciasto migdałowe albo kaczkę w lawendowym miodzie.
Każdy to może poczuć – powiecie.
Szkopuł w tym, że sąsiedzi mieszkali o kilometr drogi od jego domu, może nieco dalej lub bliżej, ale zostawmy tę dokładność geodetom.

Jak sięgał pamięcią zawsze chciał być kucharzem, zawsze marzył o podrzucaniu na patelni wszelkiego rodzaju naleśników, placków i blinów, nie wliczając w to nieudanych prób z gulaszem i leczo.
Chciał, choć jednego móc podrzucić do samego nieba, aby ktoś – tam – zobaczył jak znakomicie smaży, piecze i gotuje.

Jego koledzy grali w piłkę, zbierali znaczki pocztowe, powiększali do gigantycznych rozmiarów kolekcje widokówek lub rozłupywali mechaniczne zabawki – on fascynował się tym jak zwykła jajecznica może przemienić się we wspaniałe danie za pomocą kilku plasterków trufli, jak poddane sile oliwnego moździerza, dokładnie zmieszane w odpowiedniej kolejności składniki tworzą jadalny klejnot – tapenade: czarne i zielone oliwki, kapary, filety anchois i oliwa, ot co, podane ze świeżo upieczonym chlebem, mogą stworzyć niezapomniany do końca życia duet. Wolał to zajęcie od walenia młotkiem w zabawki i robienia sekcji zwłok pluszowym misiom, ale nie wiedział dlaczego.
Często wyobrażał sobie, jak stoi, trzymając w dłoniach olbrzymią patelnię pełną placków, naprzeciwko gapiących się na niego rzędów ślicznotek przy stolikach w jego własnej restauracji.

Koledzy nazywali go Ciacho.
Na wzgórze, gdzie się spotykali, przynosił im własnej produkcji specjały – choć nie każde były przyjmowane z aprobatą, jakiej się spodziewał – weźmy chociażby imbirowe ciasteczka z musztardą.
Większym powodzeniem cieszyły się pokazy krojenia wszystkiego co dało się pokroić.

– Ciacho, pociachaj coś – zachęcali go niekończącą się ilość razy.

Koledzy zawsze mieli przy sobie coś do pokrojenia: marchewki, chleb, wszelkiego rodzaju owoce, wyniesione ukradkiem z domu kiełbasy, ugotowane pappardelle, wielkie bakłażany, cukinie i arbuzy – niestety łącznie ze ślimakami.

Pewnego dnia coś sprawiło, że zajął się gotowaniem – by tak rzec – na poważnie.
To był upalny sierpniowy dzień 1957 roku.
Słońce wisiało kilka metrów nad ziemią.

– Nie wychodźcie dziś na zewnątrz – wołał do dzieci jego Dziadek, stojąc obok okna.
– Słońce spaliło dziś kilka ptaków.
I one mu wierzyły.

Tamtego dnia wszystko jakby zastygło; nikt nie biegał po domu, nie rozmawiano ze sobą; czasami szumiała woda, chłodząc czyjąś twarz.
Jedynie promienie słońca włóczyły się ospale po wielkiej kuchni, a kolejny naleśnik dziesięcioletniego Roberta szybował pod sufitem i wracał jak na niewidzialnej nitce z powrotem na patelnię, by natychmiast znów wyskoczyć w górę jak uradowany tłum kibiców.
Niestety tego dnia, jeden z naleśników postanowił uciąć sobie pogawędkę ze śnieżnobiałym sufitem, by po krótkiej konwersacji leniwie oderwać się od jego lśniącej bieli i pognać w dół, na podłogę.

W tym samym czasie, kiedy przyklejony do sufitu naleśnik postanowił wykorzystać prawa grawitacji, do kuchni wszedł jego Dziadek.
W dłoni trzymał talerzyk z uformowanym kopczykiem czerwonego mięsa, w którego zagłębieniu jak we wnętrzu wulkanu, kryło się żółtko świeżego jajka, a dookoła, porozrzucane jak od erupcji głazy, lśniły cebula i kiszony ogórek.
Zapomniawszy pieprzu, Dziadek wrócił do kuchni i w momencie, kiedy sięgał po młynek, tłusty naleśnik spadł mu prosto pod stopę.
Dziadek wywrócił się i zawisł w powietrzu.

Dziadek – tak twierdzą zgodnie wszyscy – był wielkim oryginałem. Potrafił o piątej nad ranem łowić ryby za pomocą starego poniemieckiego granatu, naprawiać radio silnym uderzeniem pięści, jeździł rowerem zrobionym w całości z drewna, ale nikt by nie przypuszczał, że zawieszony pół metra nad ziemią, w jednej dłoni z talerzykiem tatara, a w drugiej z młynkiem do pieprzu potrafi lewitować.

Wiszący nieruchomo pół metra nad podłogą z wielobarwnego marmuru, Dziadek zdawał się kołysać jak unoszony delikatną falą pływak. Patelnia wypadła Robertowi z rąk, odbiła się z hukiem od marmuru i zawisła jak uwięziona w lodzie, gdzieś nad jego powierzchnią. Czuł jak oczy wychodzą mu z oczodołów jak gdyby ktoś je od środka wypychał, a szczęka niczym z gumy dyndała w górę i w dół.

– Dziadku – krzyknął i ruszył z mozołem w stronę zawieszonego w powietrzu ciała jakby biegł pod wodą. – Dziadku – krzyknął ponownie, a słowo to wypełzało z niego powoli, jak wielki chitynowy owad. Przez chwilę myślał, że się udusi, a kiedy ostatnia litera, ciężko raniąc mu usta, upadła na ziemię – otworzył oczy.

Dziadek nie lewitował w kuchni, leżał na podłodze jak po brzegi wypełniona beczka wina. Niestety, beczka wina zaczęła bulgotać przeciągle, emitując w stronę Roberta niezrozumiałe słowa.

– Jeuniu e przyłem w ogę.

Po chwili zrozumiał słowa Dziadka, które brzmiały następująco: „Jezuniu, ale żem przyjebał w podłogę” – poczym spojrzał badawczo i wydawało mu się groźnie w jego stronę.

Jeśli Dziadek klął – co czynił niezwykle rzadko – oczywistym było, że jedyne wyjście z sytuacji to natychmiastowa ewakuacja; szybkie oddalenie się choć na jakiś czas dawało nadzieję, że Dziadek ochłonie, kiedy dla uspokojenia nerwów sięgnie po jedną ze swoich stu nalewek. Orzechówka, jego ulubiona, zawsze koiła mu nerwy i sprowadzała mu na twarz ten jego dobrotliwy uśmieszek.

7 komentarze:

  1. Dawaj dalej !!! Ciepło się robi gdy czytam :) Wiem,że ja jestem jedną z tych świń co dostały egzemplarza.Przepraszam.Nie umiałam znaleźć czasu dla Ciebie.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Nadal twierdzę, że powinieneś wysłać to do kolejnych wydawnictw. Uparciuchu!

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. Kilkadziesiąt przyjaciół i ta jedna podstawówkowa znajomość?
    Żenujące.

    Bareya dlaczego żenujące? Powinieneś się cieszyć,że miałeś szczęście spotkać taka jedną osobę. Wielu nie miało takiego szczęścia i nie tylko jej nie spotkało, ale nawet osoby podobnej do niej. Tak więc może jednak warto było napisać książkę dla jednego czytelnika. W końcu co za różnica 1 ,1000 czy milion? To tylko skala wielkości. Powinieneś temu jednemu, ale jakże ważnemu czytelnikowi poświęcić wpis na blogu.
    Życzę ci więcej takich czytelników

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  4. MajaK:: Nie jesteś świnią. Co to to nie.
    Mam nadzieję, że w tych odcinkach przeczytasz całość. O ile opublikuje całość bo pewnie zainteresowanie będzie niewielkie.

    Nivejka:: A dajże spokój... Napiszę następną, lepszą, konsekwentnie semantyczną. A tak wogóle to TY pisz. Masz świetne pióro. Ale co ja tam wiem.

    Anonimowy:: Chyba musze się z Tobą zgodzić.
    Choć przyznasz, że życie z pisania byłoby niemałą frajdą.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  5. Zazwyczaj się nie odzywam, ale dziś muszę.
    Pisz, pisz.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  6. Też miałem taki problem z książką i rozwiązałem go zamieszczając ją na blogu. Stwierdziłem, że do zarobienia na wydaniu jest mnóstwo wspólników, ale do ryzykowania i wyłożenia jakiejś kasy to już nie bardzo.

    OdpowiedzUsuń na zawsze