środa, 25 sierpnia 2010

Cud świętego ognia


Przedstawił się jako uniżony sługa i najlepszy przewodnik po mieście.
Ubrany był w białe krótkie spodenki i białą koszulę zapinaną na malutkie białe guziki.
Do nóg miał przyczepione dwa płaskie jak naleśniki kawałki jakiegoś materiału służącego za buty. Wyglądał na około trzynaście lat, nosił bujne brązowe włosy nie pasujące do uśmiechniętej bezustannie buzi, za długie jak na nastolatka.
Gdyby miał brodę i wąsy mógłby występować w telewizji jako miniaturka Chrystusa.

 Pojawił się przede Robertem niewiadomo skąd, kiwając się śmiesznie na boki.
Robert zaczął szukać pieniędzy, aby wręczyć mu kilka szekli.
Chłopiec uśmiechnął się po raz trzydziesty piąty i powiedział.
– Jestem przewodnikiem, mogę oprowadzać pana po mieście.
Bardzo tanio.
Robert przestał natychmiast maltretować kieszenie spodni, wpatrując się w małego, mówiącego po francusku chłopca, mimo iż on, nie odezwał się po francusku słowem.
Zatrzymał się przed jednym ze sklepów; starzec z trzema wielkimi zmarszczkami ma czole trzymał w ręku małe obcążki, którymi ściskał kilometry splecionego misternie srebra.
 Obrazek jak zatrzymany filmowy kadr działał na niego hipnotyzująco.
Na szyldzie widniało – Zadok-Tarshish.
Stał przed wystawową szybą jak zaczarowany, a jego europejskość znikła jak obfita czupryna z lat studenckich.
Wszystko dookoła wydawało mu się inne, tak odmienne.
Ta inność oślepiała tak samo, jak kamienna jasność starych murów i ulic; tonęły w niej jak w różowej mgle.
W Prowansji również jest to niesamowite światło rozlewające się po polach lawendy, po wzgórzach villages perché, z impetem wpadające do lazurowego morza, mieniącego się iskrami ostrych kolorów, jak diamentowa kolia spływająca od łabędziej szyi, do delikatnego zagłębienia między piersiami młodej kobiety, kradnącego wzrok każdego mężczyzny.
 Prowansja wydała się Robertowi roześmianą, biegającą boso po łące dziewczęcą młodością, Jerozolima mieniła mu się w wystawowej szybie jako dojrzała i zmysłowa kobieta.
– Bonjour – powiedział ponownie chłopięcy aniołek, sypiąc na niego jak płatki śniegu swoje uśmiechy.
Robert nie odpowiedział, rozglądając się, czy aby aniołek nie stoi w otoczeniu kilku mężczyzn w charakterystycznych arafatkach na głowach z ukrytymi pod długimi dishdashami karabinami AK-47, sławnymi kałasznikowami, tak chętnie sprzedawanymi przez Rosjan na rynek arabski, lub M-16 tak chętnie upłynnianymi droga morską przez Amerykanów – tę ich chlubę, dzięki której wielu ludzi stało się milionerami, a miliony zginęły.
– Bonjour – powtórzył malec zdziwiony brakiem reakcji. Stał przed Robertem i uśmiechał się – śmiał się zapewne z jego dziwacznego kapelusza – albo zastanawiał się, co na wystawie sklepu może być tak ciekawego, że można przy niej stać – bagatela – ponad dziesięć minut.
Robert strzepnął z siebie resztki zdziwienia i jak mógł najuprzejmiej odpowiedział chłopcu:
– Bonjour, zgubiłeś się, potrzebujesz czegoś?
Jego ton zaczął nabierać tego specyficznego zabarwienia, jakim obdarowuje się małe dzieci, a raczej oseski. – Dziub, dziubciu malutki, ale się dziś pięknie obslaliśmy – co? – duzia kupa – co?
– Jestem przewodnikiem, potrzebuje pan przewodnika?
Taksował w myślach chłopaka, czy żartuje sobie ze niego, czy może, uważając za wysoce nieprawdopodobne, faktycznie posiada przydatne mu jako turyście wiadomości, choć planował czas w Jerozolimie spędzić samotnie.
Obrócił się i wyciągnął rękę na chybił trafił.
Na końcu jego palca wskazującego znalazła się tak często pokazywana w telewizji ściana płaczu, żydowskie święte miejsce upstrzone karteczkami modlitw powpychanymi w szczeliny między kamiennymi blokami.
– Co to jest? – powiedział jakby to był zarzut, że ta kupa kamieni zasłaniająca krajobraz ciągle tam stoi.
Chłopiec spojrzał na Roberta z wyrazem litości. Zmrużył oczy i zaczął opowiadać.
– Kotel ha-Maarawi, tak się ją tutaj nazywa.
To pozostałość po Świątyni Jerozolimskiej, oczywiście tej drugiej, jej mur zachodni, jedyna pozostałość, najświętsze miejsce Żydów.
Powstała około 960 roku przed narodzeniem Chrystusa – oczywiście – zbudowana przez Salomona na wzgórzu Moria, na którym Abraham miał złożyć w ofierze na żądanie Jahwe swego syna Izaaka. W świątyni przechowywano Arkę Przymierza – aron berit, taką drewnianą skrzynkę obitą złotą blachą – chłopiec patrzył na Roberta, oceniając po wyrazie twarzy jego wiedzę – zawierała tablice dekalogu otrzymane przez Mojżesza od Boga na górze Synaj.
Chłopiec opowiedział mu o planie świątyni, o jej pomieszczeniach i o jej zburzeniu w 586 roku przed naszą erą, oczywiście – o niewoli babilońskiej i budowie drugiej. Kiedy skończył na roku siedemdziesiątym, w którym Rzymianie po nieudanym żydowskim powstaniu zburzyli świątynię, której jedyny pozostały fragment właśnie podziwiał, w jego rozdziawioną buzię można by było wepchnąć czołg.
– Tak – Robert odezwał się po dłuższej chwili.
– Twój francuski jest znakomity – wyksztusił.
– Hiszpański, angielski, włoski, hebrajski i arabski też – powiedział – jakby wyliczał tytuły książek przeczytanych w swoim krótkim życiu.
– Oczywiście, tak, naturalnie.
Mina Roberta wyeksportowana w tamtej chwili do Stanów Zjednoczonych mogłaby bawić całe pokolenia Amerykanów.
Nie chciał i, musiał przyznać, obawiał się sprawdzania wiarygodności jego małego rozmówcy.
I tak w to nie uwierzył.
O Ścianie Płaczu malec mógł przeczytać w jakimkolwiek przewodniku, a o znajomości tylu języków – po prostu łgał.
Coś jednak emanowało od tego dziecka, czuło się jakąś nieokreśloną energię płynącą z jego twarzy, twarzy zawieszonej między rysami męskimi i kobiecymi.
Twarz jak z obrazów Leonarda daVinci – cudownie spokojna, jedwabista, z rozpylonym na niej wiecznym półuśmiechem, twarz jakby delikatnie zamglona, jak słynne leonardowskie sfumato.
Istnieją ludzie, którzy twierdzą, że na znajdującym się w Mediolanie fresku autorstwa Leonarda da Vinci, osoba siedząca po prawej stronie Chrystusa to Maria Magdalena – żona i matka jego dzieci, które od pokoleń żyją po dzień dzisiejszy.
Oglądając obrazy Leonarda, reprodukcje w albumach tak licznie zgromadzone przez jego Dziadka, Robert musiał stwierdzić absolutną bezzasadność takiego twierdzenia i choć jest ono z punktu widzenia swej sensacyjności nader pociągające, to tak Leonardo po prostu malował, androgeniczność niektórych jego portretów jest tego dowodem.
Dowodem był stojący przed nim chłopiec.
– Przyjechał pan zobaczyć cud świętego ognia?
– Nigdy o nim nie słyszałem.
– Cud świętego ognia w Bazylice Świętego Grobu, musi pan zobaczyć. Rewelacja – chłopiec wykrzyknął i podskoczył do góry.
– O czym ty mówisz, chłopcze?
– Wygląda na to, że pan naprawdę nic nie wie o największym cudzie świata.
– Przyznaję, że nie mam pojęcia, co to takiego.
– O innych cudach może pan tylko poczytać, ten tutejszy może pan zobaczyć osobiście.
Bazylika znajduje się na skałach Kalwarii, gdzie Jezus został ukrzyżowany i złożony do grobu.
Pewnie skała, z której wydobywa się ogień, jest magiczna.
No, bo jakby zapalały się od niej niebieskim płomieniem świece wynoszone z kaplicy przez patriarchę i lampki wokół niego – no jak? Zaprowadzę tam pana, sam pan zobaczy, bo widzę, że mi pan nie wierzy.
– Jesteś żywym dowodem chłopcze, że nie wiadomo, w co wierzyć. Robert jestem – powiedział do chłopca, wyciągając dłoń.
– Suzej, proszę pana – powiedział chłopiec i wyciągnął swoją małą jedwabiście gładką rączkę.
– Suzej – ten cud ognia, co to takiego?
Może znasz jakieś wytłumaczenie.
Pewnie to zasługa zapalniczki lub ukrytych w majtkach zapałek.
Tak inteligentny chłopiec jak ty chyba nie da wiary w te bajeczki, musi być jakieś wytłumaczenie.
Myśl, że wyskakuje ukryty zza cudownego kamienia, strasząc opata prawie na śmierć, zapalającego świece zwykłą zapalniczką, przyprawiła Roberta w dobry humor.
Westchnął, głęboko wciągając powietrze i marząc o obfitym obiedzie.
– W ósmym wieku nie mieli zapałek.
Teraz i owszem, zapałki, zapalniczki, ale tysiąc lat temu też był ten ogień – więc jak?
– Tysiąc lat temu?
– Pierwsza pisana wzmianka pochodzi z ósmego wieku, cud ma miejsce już od czwartego wieku, a dokładna relacja rosyjskiego opata Daniela pochodzi z tysiąc sto siódmego roku. Patriarcha wszedł do kaplicy z dwoma świecami, pomodlił się i wyszedł z zapalonymi, wszystko dokładnie opisał – wyrecytował Suzej i dodał – Co pan na to? – jakby jego słowa podkreślały prawdę ostateczną.
– Wierzę ci Suzej. A teraz chodźmy coś zjeść, przyjacielu, bo jestem w stanie zaraz odgryźć ci rękę.
Wyszczerzył do chłopca zęby, próbując go rozśmieszyć.
– Pójdziemy starą ulicą Cardo – kiedyś była to kryta kolumnadą, szeroka na dwadzieścia metrów główna aleja miasta. Teraz są tam urocze sklepiki.
Dało się zauważyć u Suzeja – gdybyśmy uważnie się przysłuchali – kpiarski ton.
– Miłe miejsce, dwadzieścia kilo kiczu na centymetr kwadratowy – zaopiniował malec.
Ulica robiła wrażenie choinkowe, przepełnione, świąteczne. Kicz, o którym wspominał Suzej, trzymały w sklepowych trzewiach ogromne półokrągłe okna, i tylko skrzył się i błyskał do nich swoim złotym uśmiechem.

7 komentarze:

  1. Majak:: Mówisz?
    Dzięki. Cieszę się, że wpadłaś.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Tez czytam, wracam z nadzieja ze bedzie o Izraelu - i jest :-)
    Bylam tam w zeszlym roku, zostawilam kawalek siebie. Wroce.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam tak straszne zaleglosci blogowe, ale tutaj zawsze czytam z zapartym tchem. Piszesz niesamowicie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Stardust:: Ja też wpadłem po pachy w bloga kulinarnego i pichcenie więc zaniedbuje blogowych przyjaciół niestety.
    pozdrawiam i dzięki, że wpadłaś

    OdpowiedzUsuń
  5. Maciek:: Dzięki bardzo i również pozdrawiam.
    Ten cud - tak mało znany w świecie chrześcijańskim zasługuje na większą uwagę. Mnie on akurat autentycznie fascynuje.

    OdpowiedzUsuń