wtorek, 29 czerwca 2010

Dziurawa dziura


Kiedy kilka kilometrów od ich cichego domu rozlega się o kościelny dzwon burząc misterną konstrukcję dźwięków zbudowaną przez ukryte w trawach świerszcze, przelatujące gadatliwe ptaki, szum liści w koronach wysokich brzóz, które widzi z okna swego pokoju – nie idzie za jego głosem maszerując do świątyni Boga. Nie wierzy w niego najprościej rzecz ujmując.
Czy nienawidzi go za to, że zabrał jej matkę, zabrał jej ciało w dosłownym znaczeniu?
Tak, nienawidzi.
Nienawidzi go choć w niego nie wierzy.
Spali go swoim wzrokiem jeśli dostanie się do nieba.


Często patrzy na to miejsce gdzie to się stało, gdzie zniknęła jej matka, zapewne z boskiej woli zamieniona w pył. Otoczone jest małym płotkiem, pośrodku którego stoi drewniany krzyż z jej portretem, z tym uśmiechem dającym od rana siły do życia i kilometrami loków zdobiących jej piękną twarz, w które jej ojciec mógł się wpatrywać godzinami i powtarzać w nieskończoność. – Cholera w tych lokach musi siedzieć sam Bóg, a Dziadek odpowiadał na to – Cichaj Daruś bo w łeb zdzielę – i zaczynał po tych słowach rysować swoje obrazy, nijak nie pasujące do sytuacji i słów przez niego wypowiedzianych. Jedno jest pewne – pasowały do wnętrz bogaczy, tak ochoczo je kupujących. Może kupowali dla tytułów tych prac – nie wiadomo. Co wy na to?

- Kult mordu i landrynek
- Malinowy trup
- Ponaddźwiękowa defloracja
- Dziecinne szubienice 


- Co wy na to? To mój cały tata.

Tyle pamięta z tych tytułów. Akurat on rysuje kolejną pracę, pokazuje jej z oddali i pyta czy – bezbronne atomowe ciasteczko – to dobry tytuł.

- Tak tato, świetny - odpowiada.

Zawsze ją pyta, choć nie rozumie nic z tego co rysuje a on mówi – że tu nie ma nic do rozumienia…

Spogląda w tamtą stronę, na to miejsce z drewnianym płotkiem i krzyżem – na krzyż uparł się ojciec - gdzie od lat nie rośnie trawa, nie siada żaden owad i wydaje się, że nawet ptaki omijają to miejsce - nawet ich baset omija je szerokim łukiem. Stała dokładnie w tym miejscu, kiedy z ponurego nieba spadł na nią piorun zamieniając ją w nicość. Sto milionów wolt wpadło w jej ciało podgrzało do temperatury tysięcy kelwinów - więcej niż wynosi temperatura słońca – w ułamku sekundy niszcząc jej życie, niszcząc ją. Teoretycznie jest to możliwe, choć nie słyszano o takim przypadku aby osoba wyparowała po uderzeniu pioruna. - Nic mnie to nie obchodzi, że nie wierzą mi koleżanki, nie wierzy nasza nauczycielka. Kretynka, powinna uczyć, co najwyżej chomiki.

Widziała jak mama podbiega do wywieszonej na dworze sukienki, chwyta ją i po chwili jej puste ubranie i sukienka opadają na ziemię.
Jeden piorun, jedno życie.
Uderzył tylko jeden.
Był gruby jak telegraficzny słup i oślepił mnie na chwilę swym blaskiem tak, że odwróciła głowę, krzyknęła po raz ostatni mamo i nastała cisza.
Nie było jej.
W pierwszym momencie pomyślała, że upadła albo pobiegła gdzieś, nie zdawała sobie sprawy, że jej już nie ma.
 Ludzie giną od piorunów, padają martwi z nadpalonym ciałem ale nie znikają, nie rozpływają się w powietrzu jak na wietrze dym.
Wydawało się, że nie minęła chwila dłuższa niż machnięcie motylich skrzydeł, kiedy z za chmur wydobył się oślepiający słoneczny promień oświetlając niczym policyjna latarka to miejsce zbrodni z leżącą na ziemi, czerwoną jak krew sukienką.

Dziadek i tata siedzieli na tarasie, otwierając karton wina, który godzinę wcześniej dostarczył kurier: Chateau Pichon Longueville– chryste wreszcie je zdobyliśmy – powiedział jej ojciec i w tym właśnie momencie, kiedy on zachwycał się niezrozumiale dla niej nad butelkami kilkunastoletniego francuskiego wina, mamy już nie było.
Rozległ się huk przypominający rozbite jarzeniówki - zwielokrotniony i przenikliwy, dźwięk wpełzający do każdej komórki ciała.
Po nim usłyszała Dziadka, który wybiegł boso na trawę i krzyknął, 

- Coś ty kurwa zrobił. Coś ty uczynił mściwy skurwysynu – patrząc przy tym gdzieś w górę. 

Ojciec stał z butelką bordo, oniemiały, rozglądał się jak szaleniec jakby wypatrywał gdzieś mamy. 
Zawołał – Aga, gdzie jesteś. 
Po wyrazie twarzy widać było, że mówi to jakby ktoś inny, jakby inna osoba nagle zagościła w jego ciele. 
Jej ojciec opuścił w tamtym momencie swoje ciało i do tej pory gdzieś się błąka a ona czeka, aż może kiedyś powróci.

Dziadek padł na kolana, zacisnął z olbrzymią siłą pięści, słychać było jak strzeliły kości w dłoniach i powoli jakby zapadając się w sobie, kurcząc się wydobył z siebie trudny do opisania lodowaty strumień rozpaczy. 
Dźwięk, przy którym uderzenie pioruna wydawało się szeptem. 
Wypełnił wszystko dookoła, pochłonął wszystkie obecne wtedy myśli i zatrzymał na tę chwilę czas. 
Głos Dziadka zatrząsł okolicą, ziemia jakby zadrżała przerażona, że za chwilę rozpadnie się jak wyschnięta kula z piasku a nieopodal stojący rząd brzóz wygiął się w jedną stronę – nie była pewna czy od wiatru czy od tego krzyku. 
W końcu, głos zaczął wibrować, zmienił się w metaliczną wiązkę, która docierała do jej uszu poprzez dłonie, którymi je zasłoniła. 
Wpadł w środek jej - jakby Dziadek krzyczał w tym małym wnętrzu; zabolało ją całe ciało i upadła na ziemię słysząc z oddali brzęk tłuczonego szkła rozpadających się szyb stojącego nieopodal domu. Spojrzała na wychodzącą w tym momencie z domu Babcię. 
– Nie słyszycie, że ktoś puka do drzwi? – powiedziała z miną wyrażającą zdegustowanie ich opieszałością.

Niekiedy wracały babci wspomnienia z obozu w Auschwitz, które pomieszały jej zmysły czyniąc z niej osobę szaloną. Jej delikatna psychika popękała rozpadając się na wiele osobowości, kiedy jej urodzone w obozie dziecko, Maksymilian Kopicki – okrutny kapo, choć słowo okrutny nie oddaje zwyrodnienia tego człowieka, żadne słowo tego nie odda – na oczach babci oderwał dziecku głowę i rzucił jej pod nogi. 
Zwariowała w jednej chwili, kiedy zakrwawiona główka dziecka znalazła się u jej stóp. Kapo śmiał się w niebogłosy, kiedy babcia podniosła zastygłą w przerażającym grymasie bólu głowę i rzuciła nią z ogromną siłą w śmiejącego się kapo. 
Nawet Niemcy przyzwyczajeni do okrucieństwa stali jak posągi zamienieni w nie na tą chwilę przez rozpaczliwe zdziwienie. Kapo upadł nieprzytomny z płaską zmiażdżoną czaszką na piersi, obok którego leżały błyszczące nienaruszone oczka. 
Niemcy uznali jej babcię za kobietę z charakterem jakby rzucanie martwymi dziećmi było objawem charakteru. 
Ale czego można się spodziewać po kimś, kto z masowego mordowania ludzi uczynił długodystansowy sport narodowy?

Ojciec Nataszy po śmierci matki dalej rysował swoje obrazy, ona chodziłam do szkoły, babcia łowiła ryby w misce, pisała surrealistyczne wiersze; można powiedzieć, że po śmierci matki życie biegło swym starym torem, bo niby jakby mogło biec.
Tor jakby się trochę rozklekotał ale bym tym samym starym torem, niektóre dźwięki były wyraźniejsze kiedy pociąg życia jechał przed siebie, niektórych nie zauważało się prawie wcale. Codziennie zapalali matce świeczkę i nie raz słyszała jak ojciec płacze zamknięty w łazience. Co prawda sama się sobie dziwiła, że jej studnia żalu jakoś wyschła, co nie znaczy, że pobawiona łez egzystencja Nataszy mogłaby być nazwana wesołą, ale życie mimo ich widowiskowego nihilizmu toczyło się dalej.

Jedynie Dziadek nie potrafił pogodzić się z tą bezsensowną śmiercią o ile śmierć można logicznie uzasadnić oprócz jej biologicznego wymiaru. 
Przestał zupełnie przejmować się nią i jeśli to nie przejmowanie może uchodzić raczej za zaletę to prowokowanie śmierci jej, już nią nie jest. 
Przechodził w zatłoczony dzień na każdym napotkanym przejściu dla pieszych na czerwonym świetle jakby przechadzał się po naszym trawniku, jeździł za szybko motocyklem, w aeroklubie bydgoskiego lotniska zapisał się do sekcji spadochroniarzy szybko zostawszy z niego wykluczonym po niebezpiecznych demonstracjach czyniących z niego mistrza w skokach ze spadochronem z opóźnionym otwarciem. 
Po wyrzuceniu go z klubu z braku samolotu, na który nie było go stać, zajął się łapaniem piorunów.

Dostała do rąk cztery cienkie metalowe pręty połączone ze sobą metalowymi linkami, wcześniej zanurzywszy w dużej misce z wodą cienki sznurek i wyszła za Dziadkiem, który trzymał w dłoniach latawiec. 
Szczerze powiedziawszy nie miała pojęcia co chce zrobić, bo pogoda nie wyglądała na burzową, nie było wiatru więc puszczanie latawca wydało jej się dziwaczne. 
Miała czternaście lat i puszczanie latawców niespecjalnie ją interesowało. 
Oderwana została od lektury Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”, która nabierała pełności przy muzyce Breaking Benjamin choć Dziadek uważał, że czytanie literatury tego kalibru przy takiej muzyce to po prostu wieśniactwo – on powiedział - nieodpowiednie.

- Ja połączę latawiec ze sznurkiem a ty wbij pręty. Tu w tym miejscu – wskazał jej palcem miejsce.

- Słyszę coś dziwnego – powiedziała.
- To dzwoneczki Franklina.
- Co?

- Urządzenie sygnalizujące zbliżającą się burzę. Tam są – pokazał miejsce oddalone od nich o metr, może dwa. Mamy kilka minut. Pośpiesz się.
Wtedy niespodziewanie uderzył piorun, przed czasem, przed rozumem.
A ona znowu stanęła zdumiona zabawnością Bożych figli.

5 komentarze:

  1. Tak to chyba jedna z przyczyn, dla której. moim zdaniem, wiara w Boga jest równie surrealistyczna jak to opowiadanie: wymaga godzenia się z małpią złośliwością i jawną niesprawiedliwością kapryśnej i pozbawionej hamulców oraz logiki istoty, którą się wyniosło na piedestał, powierzyło własne losy i ufa się w jej dobroć, mądrość i opiekuńczość.
    Bardzo wielowymiarowe, fajnie wypunktowane i zaskakujące :)

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Przeczytałam to dwa razy. I nadal jestem pod wrażeniem. Kawał dobrej roboty wykonałeś BareYa!

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. magenta:: Dziękuje szanownej Pani za miły komentarz. Surrealistyczna jest ta "wiara" - to dobre słowo na jej określenie.

    Nivejka:: Dwa razy zmęczyć taki długi tekst to heroizm - dzięki, i za wrażenie...
    Ale jak widać takie długasy mają mierne "wzięcie". pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  4. Ja tez przeczytalam dwa razy, bo mam chyba za mala objetosc mozgu i musze napisac, ze tak dajesz po zwojach, ze mi sie o malo nie rozprostowaly. Normalnie mnie zatyka.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  5. Stardust:: Też potrafisz dawać po zwojach. Dzięki za komentarz.

    OdpowiedzUsuń na zawsze